Felietony

Kochając r…..

Jarosław Stefaniak, 8 kwietnia 2017 r.
Wstydzę się pisać o ryzyku, stąd 5 kropkek po erce.

Wstydzę się, bo:

  • panuje przekonanie, że na ryzyku przeważnie się traci;
  • trudno udowodnić, że ryzyko się opłaciło;
  • jeżeli już się zaryzykuje i straci, człowiek staje się obiektem pośmiewiska, a…;
  • jak się zaryzykuje i wygra, człowiek staje się przedmiotem zazdrości;
  • ryzyko jest jak gwiazda porno. Gwiazda porno jak już się rozbierze, przyciąga niczym magnes wzrok człowieka. Ryzyko, żeby być atrakcyjnym,
  • też na swój sposób „rozbiera się przed Tobą” i tylko czeka czy mu się poddasz czy nie.

 

Był rok 2001, musiałem zadzwonić do szefa. Szef był w Azji na urlopie z rodziną, ale umówiliśmy się, że odbierze każdy mój telefon. Szefie – mówię (dziś to Członek Zarządu jednej z największych firm na świecie w branży „utilities”) – „straciliśmy w kilka godzin 10 milionów złotych na naszym hedgingu”. A jak się umawialiśmy, hedging to czy spekulacja? – zapytał szef. „Hedging” – odparłem – no to trzymamy wszystkie kontrakty do ich wygaśnięcia. I tak dopłynęliśmy na naszej łodzi do grudnia. Jak zamykaliśmy rok, mogliśmy sobie podać ręce i powiedzieć w oczy, że warto było…
Ryzyko towarzyszy nam cały czas, ale najgorsze jest w tym wszystkim chyba to, że przestajemy być na nie wrażliwi. Oto słynny profesor Jerzy Vetulani, któremu nie raz podawałem rękę wirtualnie do ekranu na youtube, przemierzał do pracy przez kilkadziesiąt lat tę samą drogę do pracy w Krakowie. Aż to u schyłku życia zostaje potrącony przez samochód i umiera. Zakładając, że „kilkadziesiąt” (jak podały gazety), to ok. 10,000 dni roboczych, prawdopodobieństwo utraty życia w wypadku wynosiło 1/10 promila. A jednak…

 
W realiach biznesowych nikt chyba jeszcze nie znalazł lepszej recepty na ryzyko niż dywersyfikacja. Paradoksalnie jednak dywersyfikacja jest też „ryzykowna”, przez to głównie, że jest zaprzeczeniem koncentracji na kluczowych elementach sukcesu. Dywersyfikacja sprawia, że rozmieniamy wiele elementów biznesu na drobne, że nie możemy – jak na Wyścigach na Służewcu odjechać innym koniom. Przez dywersyfikację mamy  w firmie wiele biegnących w średnim tempie tarpaników, które będą prawie szły łeb w łeb. Owszem z całego stada może 2 czy 3 zdechną, ale reszta będzie biegła raczej w średnim tempie. Bo ten, kto dywersyfikuje podświadomie mówi do siebie „nie znoszę ryzyka”, więc nie postawi np. na konia z różową kokardką, który tak rozbawi pozostałe konie, że te po prostu nie będą miały siły biec ze śmiechu.

 
Z ryzykiem łączy się niecierpliwość. Moim zdaniem nie mają prawa w ogóle ryzykować ludzie niecierpliwi. Na to powinien być też paragraf – na przykład 6 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Sztandarowym przykładem jest tu rynek obligacji, czyli instrumentów najmniej ryzykownych – bez ryzyka pod warunkiem jednak, że się je przetrzyma do końca tzw. tenoru. Ten jednak, kto kupił np. obligacje na 10 lat, ale potrzebuje pilnie kasy np. po 3 latach i to akurat w momencie, gdy nastąpiło istotne zachwianie ich rentowności, może „popłynąć” równie mocno jak spekulant giełdowy.
Ostatnio miałem przyjemność rozmawiać z kilkoma inwestorami lokującymi nadwyżki finansowe w tzw. pożyczki społecznościowe. Okazuje się, że poruszanie się w tym świecie stanowi też prawdziwą sztukę. Najlepsi tracą na nominale ok. 8%, co znaczy 8% biorących pożyczki statystycznie nie odda im pieniędzy. Skąd więc premia? Premię wyciąga się z wysokich odsetek płatnych 10% p.a., ale miesięcznie, więc tzw. procent składany pozwala na więcej. Są też opłaty za monity itp. Tak więc zarabia się na tym 15%, traci 8%, wyciągając na czysto różnicę. Szczerze, dla mnie ta różnica, to słaby argument, ale dla innych nie.

 
Mówi się, że każdy biznes wiąże się z ryzykiem. Miałem w swoim życiu okazję spojrzeć na tę ważną kwestię w 12 firmach, w których pracowałem i jako referent i jako dyrektor finansowy. Najciekawsze było dla mnie doświadczenie w handlu miedzią. Mimo, że towar był „bardzo giełdowy”  podatny na wstrząsy, widziałem jak szef od razu odpalał hedging, jak tylko telexem (takie to były czasy) potwierdził transakcję na miliony funtów. Więc w samym biznesie ryzyka tak jakby nie było: marża była z góry znana i gwarantowana. Miałem też okazję przyglądać się produkcji jednego z najbardziej toksycznych (zwłaszcza dla dzieci) artykułów spożywczych. Ziemniak, który był bazą do produkcji bądź to parował, bądź to się psuł. Finalnie, nawet gdy ten posortowany ziemniak wchodził już na linię produkcyjną „miał sporo szczęścia”, bo wielu z jego braci zostało wcześniej wyrzuconych na karmę dla świń. Co więc znosiło to ryzyko produkcji chipsów – bo o nich mowa? Nic prostszego, jak agresywna reklama w TV, która wymuszała, żeby dziecko kupiło paczkę w sklepiku szkolnym, a dorosły najlepiej „megapakę”. I tak biznes się kręcił.

 
Ale do prawdziwego mistrzostwa – jak uważam – doszły w zarządzaniu ryzykiem firmy farmaceutyczne. Analizy statystyczne podają, że tak na prawdę tylko ok. 10% wszystkich leków się sprzedaje, reszta to zapchajdziury, czy tzw. tarpaniki – jak wyżej pisałem. Kluczową sprawą w minimalizacji ryzyka jest upolowanie w tej branży nie chorych, lecz naiwnych. Z tego powodu mnożą się cudowne leki na oczy, na wątrobę, na serce, etc. które niewiele co dają. Żeby pokazać jak mocna jest to gra o naiwnych, przytoczę rozmowę z jednym z lekarzy, którego spotkałem podczas rutynowej wizyty. Ten sam doktor zapytany przeze mnie o skuteczność ziołowego leku na prostatę, odparł wprost, że to „chłam”. Jak już jednak jechał na konferencję naukową, nosiło go z zachwytów nad lekami firmy.

 
Jak więc widać ryzyko ma różne twarze. Ryzyko jednak jest i będzie. Wszystkim jednak życzę, żeby nie mieli pecha. Bo przez pech ryzyko też potrafi się ujawnić.

 

Jarosław Stefaniak